Justin zaprowadzil mnie do samolotu. Nie oszukam nikogo. Był ekskluzywny i wypasiony.
-w samolocie sa 3 pokoje. Łazienka salon i sypialna. Jest jeszcze mini kuchnia ale nie wiem czy to się liczy. -zasmial się.
-hah. Fajnie- powiedziałam zastanawiając się czy robię dobrze brnąc w to dalej. Nagle drzwi się zamknęły a poklad statku zaczynal się rozpuszczac przed moimi oczami. Spojrzalam nerwowo na Justina. Byl smutny.
-musimy ciągnąć to dalej Mer. Nie możemy zacząć od nowa. To nieosiągalne.
-Justin. O czym ty ?
-ciii. Wszystko będzie dobrze. Nagle stała się ciemność. I światło. Obudzilam się. To był tylko sen. Lezalam obok chlopaka... to byl Harry?!
-co ty tu do cholery robisz? -chlopak odskoczyl ode mnie zaskoczony moja reakcja.
-jak to kochanie?
-jakie kochanie? ! Gdzie jest Justin ?
-no nie. Znowu miałaś ten sam sen? Psychiatra mówi ze on cie otlumiania. Nie martw się zaraz wróci ci pamiec i wszystko przejdzie.
Patrzylam z przerazeniem na zielonookiego mezczyzne. Juz wcześniej z nim byłam. Nawet miałam z nim dziecko. I teraz z nowu? Nie rozumiem niczego. Martwi mnie tylko jedno.
-no dobrze. -powiedziałam ciężko. -ale gdzie jest Justin. Proszę powiedz mi.
-zaginął. Rok temu. Nie wiadomo czy żyje. Czy nie. Za każdym razem od tygodnia masz ten sam sen. Lotnisko, Jus. Później budzisz się nagle i pytasz się depresyjnie co tu robie i gdzie jest twój "chlopak". Po jakiejs godzinie przechodzi. Ten cały cyrk.
-ja musze go znaleźć.
-no tego jeszcze nie bylo. Nie. Nigdzie nie pojdziesz Mer. Kochamy się i nic nam nie przeszkodzi. Justin to przeszlosc.
-wszystko bedzie dobrze. -wyszeptalam wrecz niedosłyszalnie.
-tak. Wlasnie tak.
Justin żyje. Ja to czuje. Ja to wiem.
niedziela, 23 lutego 2014
Everything is gonna be ok
piątek, 21 lutego 2014
The plane #1
Jasny brzask zbudził mnie rano . Mieszkam w małym miasteczku nie daleko Londynu ze swoim chłopakiem Stefanem. Bylo nam dobrze. W życiu i w łóżku. Planowaliśmy całe życie razem. Ślub dzieci i wspólny grób. Cóż. Tak miało być dopóki nie zastalam mojej miłości w naszej wannie z jakąś dziwka. Więcej się w niej nie kompalam. I siedzę teraz tutaj sama na łóżku z walizka pakując wszystkie moje rzeczy.
-odchodzisz? - spytał Stefan lekko zdziwiony.
-tak. Odchodzę. Nie chce na ciebie patrzeć. Na ciebie i na twoją kurwe. To koniec Steff.
-i teraz chcesz to wszystko zniszczyć co było między nami.
-co ?! To ty wszystko spierdoliles. Zdradziłes mnie Stefan. Z inną kobietą. Nienawidzę cie. Jestes pierdolniety. - wyszlam łapiąc walizkę bez zastanowienia. Wyjade stąd. Nie bd wiecej siedzieć w tej dziurze. Wyjade do ciotki do Kanady. Tak. Na pewno mnie przyjmie. Ma mnóstwo forsy. Zawsze dawala mi jakieś prezenty. Ciotka Alice jest siostra mojej mamy. Kontakt utrzymujemy slaby. Chociazby ze względu na odległość. Londyn -Kanada. Spory kawal drogi. Cóż wydaje mi się ze się ucieszy na wieść nowego współlokatora. Zamówiłam taxi i pojechalam predko na lotnisko. Po chwili stalam juz przy ladzie.
-bilet do kanady.
-60 funtów. -zaczelam grzebac się po kieszeniach. O kurwa. Nie wzielam kasy. Juz koniec. Jestem skończona.
-no niestety będę musiala zrezygnować z lotu.-powiedzialam zdolowanym glosem.
-jedziesz do kanady ?-nagle uslyszalam nieznajomy meski glos ktory spowodował atak dreszczy. Odwrocilam się pewnie i ujrzalam piekne miodowe oczy, rozczochrane ale i tak odealnie ułożone blond wlosy. I malinowe usta. Lekko otwarte i lekko uśmiechnięte.
- tak do Stratford.
-moje miasto! Nie masz na bilet? - spytal. Poczulam się jak jakis biedak.
-taak. Zapomnialam kasy. Nie oplaca mi się wracać.- wybrnelam z sytuacji.
-oh. Kiepska sprawa. Tak się sklada ze posiadam prywatny samolot. Moze chcesz się przeleciec? Ze mna?
-haha pewnie.
-znaczy wiesz moge cie dostarczyć. Do Kanady.
-nie wiem czy powinnam. Skoro masz swój samolot to co robisz na lotnisku ? Szukasz takich ciot jak ja? - chlopak ukazał szereg bialych zębów pstrzac mi głęboko w oczy.
-nie. Powiem szczerze ze to pierwsza taka sytuacja. Przyszedlem tylko odebrac kluczyki od samolotu. Przechowywalem go tutaj.
-oh. Wiesz nie chce ci robic problemow.
-coś ty. Nie bedziesz.
-nie. Nie powinnam. Wybacz. -zaczelam powoli oddalac się od chlopaka. Nagle poczulam chłodna sucha dłoń łapiącą moja. Spojrzalam na reke i w oczy wlasciciela reki.
-prosze. To tylko zwykly lot. Będą tez inni ludzie w samolocie.- cos mnie do niego ciągnie.
-no dobrze.-powiedzialam po krótkim namyśle-ale pod warunkiem że Ci zaplace za lot. Bede czula się lepiej.
-przecież nie masz przy sobie.
-tam gdzie jade bede miala.
-czyli to znaczy ze jeszcze się spotkamy pani?
-Mer. A pan ?
-Justin.
-chyba tak Justin. -chlopak spojrzal na mnie i uśmiechnął się szczerze. Balam się ale bylam zbyt zauroczona cala ta sytuacja. Zauroczona Justinem.
czwartek, 13 lutego 2014
UWAGA
Zaczynamy nową serię imaginków :)
Główną bohaterą podobnie jak w poprzedniej części będzie Mer. I oczywiście Justin. (NIE BEDZIE TO JEDNAK KONTYNUACJA )Mam nadzieje ze przybędzie trochę nowych czytelników :) gościnnie tradycyjnie pojawią sie chłopcy z One Direction. Pierwszy wpis pojawi się w piątek.
środa, 12 lutego 2014
Destiny
Zawsze będziemy razem. Niezależnie co by się stało. Wiesz dlaczego? Bo jestesmy sobie przeznaczeni. Jak dwie części tworzące razem jedna całość. Jak mechanizm ktory działa jak jestesmy tylko razem.
Now we are gone and time can't be bought. Love will remember.
Nie moglam pozwolić mu odejść. Bieglam za nim i za ta jego siksa która prowadził nie wiadomo gdzie. Przypominalam sobie wszystkie dramaty naszego wspolnego zycia. Tyle nas ranilo. Każde wspolne wydarzenie Nagle zlapal ja za biodra i przycisnal do sciany obdarzajac namiętnym pocalunkiem. Nie mogłam tego znieść. Tego widoku. Szlochnelam na tyle glosno ze chlopak zdazyl to zauważyć. Zszkokowany spokrzal na mnie z bezradnościa.
-Mer... ja. To nie tak. -podbiegl lapiac za nadgarstki.
-zostaw mnie. Za dużo już przeszliśmy. Normalni ludzie tak nie żyją. Z wiecznym przeklenstwem. Nic się nie uklada. I nigdy nie będzie dobrze.
- nie mów tak. Juz dobrze. To moja wina... ja.
-nie to nasza wina. I wina przeznaczenia. Nie potrzebnie się spotkalismy. Nie potrzebnie się pocalowalismy. To koniec. Całkowity koniec.
-Mer. Nie zostawiaj mnie. Nie dam sobie rady bez ciebie.
-dasz wcześniej dawales to i teraz będzie dobrze. -uwolnilam się z sparalizowanych dloni chlopaka. Odeszlam powoli od niego. Od tej calej sytuacji. Pocieralam swoje zimne ręce zastanawiajac się co zrobilam. Może źle? Może dobrze. Ale problem tkwi w tym ze kocham go. Niestety skoro go kocham to odejde. Beze mnie będzie mu lepiej. Wszystko będzie lepiej.
TYDZIEN POZNIEJ.
Termin wypoczynku zblizal się ku koncu. Nie kontaktowalismy się z Justinem. Bylo strasznie cicho i pusto. Austin i chłopaki z 1D musieli wyjechac. Zostałam sama. W sumie sama się o to prosilam. Szlam właśnie korytarzem hotelu. Właśnie mijalam nasz stary pokój. Korcilo mnie żeby zajrzeć co u niego slychac. Widziałam ze wtedy wyjdę na wariatke. Cóż. Trudno. Lekko zapukałam. Nie otwieral . Pewnie już wrócił do domu. Delikatnie pociagnelam za klamkę. Drzwi otworzyły się. Wszędzie był bałagan. Porozwalane ciuchy. Tragicznie nieposlane łóżko. Zajrzalam dyskretnie do polotwartej lazienki. Justin siedział nagi na podlodze pod prysznicem. Woda splukiwaka krew z nadgarstka chłopaka . Ciął się. Nie mogłam na to patrzev. Podbieglam do niego szybko odbierajac mu zyletke i odrzucajac ja gdzies w kąt. Justin wybuchl placzem. Oboje bylismy mokrzy. Wtuleni w siebie.
-Zrobilam błąd. Nie powinnam cie zostawiac. Obiecalam ze cie nie zostawie.
- kocham cie. Zawsze bede.
-ja ciebie tez.-chlopak rozebral mnie migiem i zaczal soczyscie calowac spragnione wargi. Długo nie wytrzymalismy tego napiecia. Justin wzial mnie na rece i polozyl na łóżko. Polozyl reke na moim policzku wchodząc gwaltownie w moje wnętrze. Kochalismy się cały dzień. Bylo tak jak na poczatku. Po długotrwałych namietnosciach padlismy zmeczeni. Justin zasnął wtulony we mnie
Wiedzialam ze niezaleznie od tego czy jakakolwiek sila wyzsza probowalaby nas rozdzielic nie udalo by się. Nasza miłość przetrwa wszystko. Zawsze i na zawsze.
sobota, 1 lutego 2014
Cause when I'm with him I'm thinking of you
Stalam tam nad Justinem. Taka bezradna. Musiałam porozmawiać z lekarzem o stanie zdrowia Jusa. Zawsze mnie wspieral. Tym razem ja musiałam wspierać go.
-prosze mi powiedziec.-zaczelam niepewnie. - czy z Justinem jest az tak zle?
- przykro mi. Nie chce pani mecic w głowie. Z badan wynika ze sa bardzo male szanse na to by pani narzyczony przeżył. Prosze jednak wierzyć i być dobrej myśli. Nadzieja zawsze umiera ostatnia. -po dlugim monologu lekarza Justin zaczal się krztucic. Krwią. Była wszędzie. Na scianach na podlodze nawet na moim ubraniu. Z buzi Jusa zaczal się lac potok krwi. Masowej produkcji ciecz wypelnila caly pokój. Plywajac w wymiocinach mojego chłopaka probowalam się wydostac przez drzwi zanim plyn sięgnie sufitu. Nic z tego. Drzwi byly zamknięte. Krew wypelnila cale pomieszczenie. Nastala Ciemnosc i zaraz po niej jasność. Lezalam w lozku. Impulsywnie zaczelam pobierać leżąca obok mnie rozgrzana klate. Otworzylam leniwie oczy zdając sobie sprawe jaki to koszmarny mialam sen. Moje dlonie bladzily po ciele sąsiada. Spojrzalam w jego oczy. Coś się nie zgadzalo. To nie były te oczy których się spodziewalam nie te same , które znalam bardzo dobrze.
-cześć piękna. Może jeszcze to powtórzymy kiedyś co? - spytał beztroskim glosem Austin.
- co ? Co my tu?! Gdzie Justin?!
- on no nie wiem. Z tego co wiem odszedl od ciebie wtedy przy basenie. I wtedy spotkalas mnie a później. Chyba nie muszę Ci przypominać. - powiedzial podnieconym glosem lapiac spragniana ręką za moje udo.
-co ?! Co ty robisz do cholery ?! To koniec to była pomylka.-nagle wszedl ktos. Wszedl... Zayn. Kurwa co on tu robi? ! Pospiesznie wstalam z lozka. Na szczęście bylam w bieliznie.
-Wow. Mer. Teraz jesteś z Austinem? Czemu nic mi nie powiedziales?
- co to wy się znacie?!- spytalam zirytowana.
-no tak. Poznaliśmy się w trasie. -nagle wszedl jeszcze Niall i Liam .
-Hej Mer! - krzyknął Niall.
-tesknilismy.-podszedl mocno przytulajac.
-co tu się do kurwy nędzy wyprawia?!- krzyknął zbulwersowany Justin.-i co ty robisz w takim stroju z nimi?!
- bo my... wlasnie szlismy na basen.
-w tym?! A gdzie twoj strój kompielowy?!
- no on się porwal.
-jak to? !
- no bo tak wyszło. Był za mały.
-ok. Ale co ten gościu robi w łóżku? !
-on przyszedł bo jest śpiący.
-wes nie rób ze mnie durnia Mer.
-nie robie.
-przecież widzę co tu się wydarzylo.- chlopak podniósł rece i wyszedl.
-Justin!- zaczęłam gonić za chłopakiem.
-zostaw mnie. Nie zbliżaj się nawet. Brzydze się tobą. -mialam tylko nadzieje ze Justin mi wybaczy.
-nie martw się Mer.-podszedl pobierając nagie ramie Liam.
-on mi może juz nie wybaczyc.
-musiał być jakiś powód ze go no. ..
-zdradzilas!-wtrącił Austin co mnie mega wkurwilo.
-a ty stój ryja! Byłam zdesperowana a ty to wykorzystales!- chłopak zmilknal. - on mnie zostawil tak jakby. .. nie ważne. Ja go zdradzilam. Zawiodłam go. To już koniec na pewno.
-słuchaj dziś jest impreza w nocy w stylu beach party. Przebierz się zaraz idziemy.
-po co teraz wyglada zajebiście! -znowu odezwal się Austin.
-wes juz się przymnkij- uspokoil Zayn.
-nie wiem czy to dobry pomysl. Cała ta impreza.
-bardzo dobry. Rozluznisz się. I jestem pewnien ze spotkasz Justina. On na pewno tam będzie. -odezwal się Niall.
- ok. Juz się szykuje. -weszlam do toalety poprawiajac makijaż i ubierając się w bordowa zwiewna sukienkę. Po 10 minutach zeszlismy z chłopakami na dol. Było pelno ludzi. Moje oczy szukały jednak tylko jednego brakującego elementu.
-chodźcie-zlapal mnie za reke Liam.-napijemy się i zapomnimy o wszystkim.-niechętnie posluchalam się blondyna. Podeszlismy pod barek zamawiajac tequille.
-słuchaj Mer. -zaczal niespodziewanie Zayn. -pamietasz nasze ostatnie spotkanie ? Wiesz codziennie o tobie myślałem. I wciąż myślę. Nie mogę przestać. To silniejsze ode mnie. Zakochałem się. - slowa chlopaka byly dla mnie jednowyrazowym niejasnym bełkotem. Po pierwsze byłam dość pijana a po drugie szukalam Jusa. I zobaczylam go w koncu. Wstalam z siedzenia ignorujac wyznania mulata przepychalam się przez tlum ludzi. W końcu mialam juz zupełnie czyste pole widzenia. Stalam tak przed nim z 3 metry. I patrzylam jak on całuje namiętnie jakas blondyne. Po czym zlapal ja za reke i prowadzil do wyjscia. Nie zauwazyl mnie. Wszystko było takie straszne. Wiedzialam ze musze zawalczyc o nasza miłość.