środa, 12 lutego 2014

Destiny

Zawsze będziemy razem. Niezależnie co by się stało. Wiesz dlaczego? Bo jestesmy sobie przeznaczeni. Jak dwie części tworzące razem jedna całość. Jak mechanizm ktory działa jak jestesmy tylko razem.

Now we are gone and time can't be bought. Love will remember.

Nie moglam pozwolić mu odejść. Bieglam za nim i za ta jego siksa która prowadził nie wiadomo gdzie. Przypominalam sobie wszystkie dramaty naszego wspolnego zycia. Tyle nas ranilo. Każde wspolne wydarzenie Nagle zlapal ja za biodra i przycisnal do sciany obdarzajac namiętnym pocalunkiem. Nie mogłam tego znieść.  Tego widoku. Szlochnelam na tyle glosno ze chlopak zdazyl to zauważyć.  Zszkokowany spokrzal na mnie z bezradnościa.
-Mer... ja. To nie tak. -podbiegl lapiac za nadgarstki.
-zostaw mnie. Za dużo już przeszliśmy.  Normalni ludzie tak nie żyją.  Z wiecznym przeklenstwem. Nic się nie uklada. I nigdy nie będzie dobrze.
- nie mów tak.  Juz dobrze.  To moja wina... ja.
-nie to nasza wina.  I wina przeznaczenia.  Nie potrzebnie się spotkalismy. Nie potrzebnie się pocalowalismy. To koniec.  Całkowity koniec. 
-Mer. Nie zostawiaj mnie.  Nie dam  sobie rady bez ciebie. 
-dasz wcześniej dawales to i teraz będzie dobrze. -uwolnilam się z sparalizowanych dloni chlopaka. Odeszlam powoli od niego. Od tej calej sytuacji. Pocieralam swoje zimne ręce zastanawiajac się co zrobilam. Może źle?  Może dobrze. Ale problem tkwi w tym ze kocham go. Niestety skoro go kocham to odejde. Beze mnie będzie mu lepiej. Wszystko będzie lepiej.

TYDZIEN POZNIEJ.

Termin wypoczynku zblizal się ku koncu. Nie kontaktowalismy się z Justinem. Bylo strasznie cicho i pusto. Austin i chłopaki z 1D musieli wyjechac. Zostałam sama.  W sumie sama się o to prosilam. Szlam właśnie korytarzem hotelu. Właśnie mijalam nasz stary pokój. Korcilo mnie żeby zajrzeć co u niego slychac. Widziałam ze wtedy wyjdę na wariatke. Cóż.  Trudno. Lekko zapukałam. Nie otwieral . Pewnie już wrócił do domu.  Delikatnie pociagnelam za klamkę.  Drzwi otworzyły się. Wszędzie był bałagan. Porozwalane ciuchy. Tragicznie nieposlane łóżko.  Zajrzalam dyskretnie do polotwartej lazienki. Justin siedział nagi na podlodze pod prysznicem.  Woda splukiwaka krew z nadgarstka chłopaka . Ciął się.  Nie mogłam na to patrzev. Podbieglam do niego szybko odbierajac mu zyletke i odrzucajac ja gdzies w kąt. Justin wybuchl placzem. Oboje bylismy mokrzy. Wtuleni w siebie.
-Zrobilam błąd.  Nie powinnam cie zostawiac. Obiecalam ze cie nie zostawie.
- kocham cie.  Zawsze bede.
-ja ciebie tez.-chlopak rozebral mnie migiem i zaczal soczyscie calowac spragnione wargi. Długo nie wytrzymalismy tego napiecia. Justin wzial mnie na rece i polozyl na łóżko. Polozyl reke na moim policzku wchodząc gwaltownie w moje wnętrze.  Kochalismy się cały dzień. Bylo tak jak na poczatku. Po długotrwałych namietnosciach padlismy zmeczeni. Justin zasnął wtulony we mnie
Wiedzialam ze niezaleznie od tego czy jakakolwiek sila wyzsza probowalaby nas rozdzielic nie udalo by się.  Nasza miłość przetrwa wszystko. Zawsze i na zawsze.

1 komentarz: