czwartek, 23 stycznia 2014

Fix me

Lezelismy tak jeszcze z godzine. Austin wyjasnial mi wszystko.  No cóż Jus jest kucharzem.  Co jeszcze moge dodać.  Byłam zalamana. Jeszcze te jego ostatnie zachowanie.  Zostal jeszcze tydzień wakacji. Na pewno nie spędzę go z Jusem. Nie ma takiej opcji. Balam się jak cholera. Zostawil mnie.

Tydzień później

Austin cały czas był przy mnie.  Pomagal mi we wszystkim. Jednak nie kochaliśmy się wiecej. Mimo że nie utrzymywalam kontaktu z Justinem to nie zmienia faktu ze wciąż z nim bylam. Właśnie się pakowalam. Wyjelam telefon zerkajac na godzinę.  12:00 ale to nie to mnie przyciągnęło.  Sms. Od Justina.

"To koniec. Nie odzywaj się do mnie więcej. "

Padlam na łóżko pograzajac się w ciemnościach.  Nagle nastapil jasny obraz. Stalam na plazy. W długiej jasnej przewiewnej sukni. Plaza ta nie byla tą ciepłą słoneczną plaża jak w Hiszpanii.   Niebo emanowalo szareymi  przygnebiajacymi  barwami. Burzliwy wiatr miotal moimi włosami.  Nagle na niebie pojawila się wielka fioletowa blyskawica uderzajac w wodę.
-Mer!- uslyszalam krzyk. To nie był obcy mi krzyk. To byl Justin. Plywal tam. A wlasciwie się topil. Bieglam do niego. Zamiast przyblizajac się do tonacego blondyna oddalalam się od niego. 
-Justiiin!-darlam się.
Tonął az w końcu straciłam go z pola widzenia. Ciemność.  Ponownie. Otworzylam szybko oczy rozglądając się.  Bylam w szpitalu.  No tak.  Zemdlalam. Zaczelam szukać  wzrokiem Austina. Wstalam z szpitalnego łóżka.  Idąc Przez korytarz.  Nikt mnie nie zatrzymywal. Nagle ujrzalam kogoś kogo nie powinnam. Powolnym krokiem weszlam do sali. Lezal tam z zamkniętymi oczami. Mój Justin. Byl łysy.  Pewnie sobie zgolil jak zostal kucharzem. Tak czy inaczej podeszlam do niego łapiąc go delikatnie za przesuszona dłoń. Chłopak gwałtownie otworzyl oczy. Tak bardzo tesknilam za jego spojrzeniem.
-co tu robisz?
-czy to wazne? Co ty tu robisz?
-odejdź. -chlopak wyrwal swoja reke z mojej. Pojedyncza łza splynela po jego bladym policzku.  Nie opuszczę go czy tego chce czy nie.
-to przez te narkotyki tak ? Jesteś tutaj?  Przedawkowales?- Chlopak milczał. Co mnie przerazalo.
-ok jak nie chcesz mówić to nie mów.  Tak czy siak ja tu będę.  Zawsze.  I nie odejde póki nie wyjdziesz z tego szpitala.
-o co ci chodzi?! Przecież napisalem ci smsa!-podniósł stanowczo głos.
-kocham cie Justin. Zawsze będę.
-a ja cie nie! !!- zrobiłam gwaltowny krok w tyl. Z oczu zaczęły lac się strumyki łez.  Na piecie odwróciłam się od chlopaka.
-Mer... zaczekaj. -krzyknął.  Ja juz nie mialam po co tam być.  Szłam nie zważając na  jego zmianę.-Mer ja mam raka!- stanęłam nagle i spojrzalam na chlopaka z jeszcze wiekszym zdolowaniem.
-jak to ? Jak?
-juz od 4 miesięcy.  Na początku lekarze mówili że będzie dobrze.  Teraz zaczęło się pogarszac. Nie chcialem cie widzieć w takim stanie.
-Justin.  Ale ja cie kocham i bede z toba niezaleznie czy bedziesz lezal na tym cholernym łóżku czy bedziesz w domu!-mowilam trzasasym się głosem. -powiedz mi tylko dlaczego ty wziąłeś się za te narkotyki?! Zamiast walczyć z chorobą.
-mam dług Mer. Duży.  Musiałem go spłacić.  Nie chciałem zebys to brala na siebie jak umrę.
-nawet tak nie mów.  Wyjdziesz z tego obiecuje. -chlopak nagle podniósł się i pocałował mnie.
-ja tez cie kocham Mer. I zawsze bede.

niedziela, 19 stycznia 2014

Cant

Lezalam tak obok Austina jeszcze parę minut. Rozmawialiśmy.  Był na prawdę fajny. Chlopak przybliżył się niespodziewanie do moich spragnionych ust wypełniając moje pragnienia. Calowalismy się jak zakochani w sobie ludzie.  Austin wzial mnie za rękę i zaczął ją mietosic. Bezzwłocznie oderwalam się od chlopaka. Tonąc w  gwaltownym potku łez.
-co ? Co się stalo Mer?! - blondyn ujął moja Twarz ucierając kciukiem gorące łzy. Co jeszcze bardziej mnie przygnebilo. Odsunelam się od niego
-to nie do pomyślenia ze chłopak którego nie dawno poznalam jest bardziej czuły do mnie niż mój własny chłopak.
-kim jest twój chlopak ?
-rozpuszczonym egoista.
-niee. Pytam o imię.  Może go znam.
-polowa świata go zna.  Przeszedl na emeryturę.  Ma problemy z menadżerem. Justin. Bieber.
-co?!  Ostro.
-czemu się tak dziwisz ?!
-a ty wiesz czym on teraz się zajmuje ?
-co jak to ?! - Austin spojrzał na podłogę.
-nie wiem czy powiniem ci mówić.
-powiedz.  Natychmiast.  Jeśli jest coś co musze wiedzieć to mi powiedz. -po dłuższym namyśle chłopak odparł
-ok chodź zawioze cie. -chlopak zlapal mnie za rękę po czym wyszliśmy z budynku wsiadając  do jego czerwonego ferrari. Austin ruszyl z piskiem. Przejechalismy prawie caly Madryt. Zawiózł mnie na jakieś ubocze.
-gdzie jesteśmy.
-tutaj Justin pracuje.
-co ?- wyszlam z samochodu rozglądając się.  Niedaleko znajdowala się jakaś stara fabryka. Zaczelam bez  dluzszego namysłu biec w strone starej budowli.
-Mer! Czekaj. -chlopak dogonil mnie.-nie możesz tam tak wejść po prostu.
-dlaczego? !
-zabija cie.
-co ty pierdolisz? !
-jak juz mamy tam wejść to po mojemu. -Austin wzial mnie ponownie za dłoń ciągnąć za sobą w  tyly budynku. Weszlismy jakimiś tajnym wejsciem. W srodku bylo brudno i wilgotnie co raz mozna było usłyszeć piski szczurów.  Skradalismy się tak przez ciemny korytarz az dostrzeglam duze jasne pomieszczenie.  Wszędzie rozne chemiczne przyrządy wszędzie pelno pary i dymów.  Stalo tam pare miesniakow i moj Justin.Nie wytrzymałam w takim smrodzie natychmiast zaczelam kaszlec. Jus zwrócił wzrok na mnie zszokowany.
-Justin co ty tu?!-nagle jakis koles podszedl do mnie popychajac mnie na podłogę.
-jakas suka ! Czego tu przylazlas? Może glina ?!-austin automatycznie podbiegl do mnie pimagajac mi wstac na nogi.
-Zostaw ja ! Mer do cholery co ty tu robisz ?!
- co ty tu robisz?!
-wyjdz stąd.
-co ?
-wyjdz powiedziałem!- wydarl sie co spowodowalo woelki wybuch placzu.
-nie drzyj się na nią! To nie jej wina ze ma takiego debilnego chlopaka.
-widze ze znalazlas sobie jakiegos fagasa. Wypierdalajcie zanim was pierdolne.-zachowanie Justina szokowalo mnie totalnie. Podeszłam do niego lapiac go za blady policzek.
-jus. Dlaczego mi to robisz? Po tym wszystkim co przeszliśmy?  -chlopak zlapal moja dlon i odrzucil ja energicznie.
-wypierdalaj.-austin wzial mnie w ramiona i wyprowadzil z tego piekla. Pojechaliśmy szybko do hotelu. Zaczelam pakować swoje rzeczy przenosząc się do  pokoju Austina. Padlam na łóżko zmęczona płaczem i wszystkim. Blondyn usiadl obok pobierając mój policzek.
-po co to wszystko? Dlaczego on tam jest.
-on robi narkotyki.
-co?!
-gotuje. Przykro mi.

sobota, 18 stycznia 2014

What the fuck

Stalam tam oparta o słup.  Chłodny wiatr przewiewal moje polnagie plecy. Łzy mieszaly się z lekka mrzawka poranka. Wschód slonca w Hiszpanii był piekny. Wpatrywałam się w niego i zastanawiałam sie czemu tylko z pozoru swiat jest taki piękny.  Czemu Justin mi to robi. Nawet w sumie nie wiem co konkretnie ale wiem ze tak nie powinno być.  Musze skombinowac samochód.  Jutro pojadę za nim. Ale co teraz. Chyba wrócę do hotelu. Jest 6.00. Zaraz powinno być śniadanie. Weszlam na stołówkę.  Była jeszcze zamknięta.  Niestety.  Czekalam w "kolejce" na otwarcie. Nagle ktoś mnie dotknął w  zimne ramię.
-Justin dlacze...- nagle cos mnie scisnelo w żołądku. To nie byl Justin.
- hej chcialem sie zapytac czy długo jeszcze do otwarcia. -blondyn. Dosc podobny do Jusa.
- nie. Nie wiem.
-wszystko w porządku?-no tak. Łza splynela po moim zaczerwoenionym policzku. Nawet jej nie poczułam.
-tak.-spojrzalam sie w podłogę. Yolo.-nie. Nic nie jest ok.
-mogę ci jakos pomóc. -chłopak bardzo przypiminal mi Jusa. Postanowilam to wykorzystać.
-tak. Chodzmy do ciebie.  Przelec mnie.
-co niee. Nie jestem ta- położyłam palec na wilgotnych ustach chłopaka.
-masz dziewczynę ?
- nie
-na co jeszcze czekasz?- nagle chlopak zlapal mnie za posladek zjeżdżając ręką w dół  przedarl sie przez krótkie czarne spodenki. Poczułam 2 nieznane dotąd palce.  Jeknelam w miare cicho. Spojrzal głęboko w moje oczy.  Poczulam cos co czulam kiedyś przy Justinie. Motylki. Nie moglam tego zaprzestać.  Pewnie wpilam sie w usta nieznajomego. Nasze języki tamczyly razem w ten sam rytm. Nagle chłopak oderwal sie ode mnie i zlapal mnie za rękę.  Bieglismy po schodach. Az dotarliśmy pod drzwi 67. Dwa pokoje od mojego pokoju. Chlopak wzial mnie na rece o rzucił na łóżko opierając na mnie umiesniana klata. Czulam jak pożądanie rośnie.  Z mojej strony i z jego.  Zaczal muskac mój brzuch zjeżdżajac jezykiem w dol dotykając mojej kobiecości.
-przestań! -krzyknelam.
-co? Nie chcesz już ?
-przestań w to grać.  Wejdź we mnie.
-jesteś pewna.
-tak.-nagle poczulam wielki ból.  Byl naprawdę duży.  Większy od Jerrego.
-ciasna jesteś-wysapal. Nasze ciala synchronicznie sie wypelnialy. W koncu doszliśmy.  Byl to najprawdopodobniej największy orgazm w moim zyciu.
-dziękuję
-Austin. A ty..
-Mer.
-miło cie poznać Mer

czwartek, 16 stycznia 2014

The secret

Siedzieliśmy tak jeszcze z godzine. Wszyscy razem. Ok. Wyglądało to komicznie a najbardziej fakt ze Harry byl nasz. Mój i Jade. Pomijając Taylor. Teraz juz nie ma co do tego wątpliwości ze byl konkretnym dupkiem. Justin siedzial  na kanapie oglądając jakis film. Bylam zmęczona.  Byl upal i w ogóle się jeszcze nie kompalismy nigdzie. W sumie to ja nie chcialam bo miałam faze na Haze. Byla 3 w nocy. Na kapiel w wannie chyba za późno.  Wezmę szybki prysznic.
-ide się odświeżyć. -krzyknelam wystawiając głowę zza drzwi. Szczerze czekalam na jakas reakcje.  Jego reakcje az w koncu oderwie sie od tej kanapy.
-Mer...- krzyknal nie odrywając wzroku od telewizora.
-taaak?!- krzyknelam radosnym krzykiem.
-pamietasz naszą ostatnią kąpiel? - tak! Kurwa pamiętam.  Chodź tu a nie się pytasz.
-w samolocie?  No cos mi tam swita.
-fajnie bylo co ?
- fajnie.
-no.- ok byłam mega wkurwiona. Co on robi a właściwie czego nie robi. Po krótkim namysle stwierdziłam ze jesli czegoś chce to musze o to zawalczyć.
- co powiesz na powtórkę?  - spytałam udając obojętna.
-nie dziś.  Jestem zmęczony. - na slowa chlopaka zamknęłam drzwi i weszlam do napelnionej juz wanny. W gorącej atmosferze przypomnialam sobie co kazal ginekol. Zero sexu na jakiś czas. Ale Jus o tym nie wiedział.  Znudzilam mi się.  Moze ma romans i mnie zdradza. Moze wtedy jak odszedl ode mnie na basenie nie był sam. Boje się.  Jak nigdy.  Bo Justin to przecież sens mojego życia. A jak zostawi mnie. To nie będę miała po co żyć. Po godzinie kompieli wyszlam przerażona.  Chciałam dyskretnie go o to zapytać.  Niestety spal juz. Polozylam sie delikatnie kolo niego odwracając sie plecami. Po chwilach zasnelam. Snilo mi sie że Harry umarł. Obudzilam sie lekko przestraszona. Byla 3 w nocy.  Przewrocilam się w stronę chlopaka. Jednak tam go nie  było. Ok. Byłam wkurwiona na maxa. Na pewno jest ze swoją kochanką.  Wstalam szybko ubierając się do wyjścia.  Jeszcze nie wiem gdzie.  Ale go znajde. I prawda wyjdzie na jaw. Nagle uslyszalam jakis stukot w łazience.  Zapalone światło. Nie zauważyłam. Idiotka. Szybko  z powrotem padlam na łóżko nagrywając sie jak najbardziej kołdra. Zacisnelam lekko oczy. Wyszedl. Slyszalam jego kroki. Jego kazdy ruch obijal się o moje uszy.  Był sam. Na pewno.  Drzwi wejściowe zatrzasnely się.  Wyszedl.  Zaczelam płakać leżąc tak bez sensu. To koniec.  Jus ma kogoś innego.  Jednak musiałam się upewnić.  Szybko wstalam i niczym cicha mysz szlam za nim. Z 3 metrowym dystansem.  Doszlismy do parkingu. Schowalam sie za jakims slupem. Wsiadł w swoj samochód.  I pojechał.  Bylo za późno.  Nie mialam jak jechać  za nim. 

piątek, 10 stycznia 2014

The End

jeden sygnał, drugi trzeci.  Justin nie odbierał.  Dzwoniłam z milion razy.  Nagrywalam się co raz na jego pocztę.  Nie wiedziałam gdzie jest a już prawie 22. Och. Przypomniała mi się piosenka Taylor. Ugh. Harry. Wczoraj to co zrobił bylo nie do przyjęcia. Miałam nadzieję że to nigdy nie wyjdzie na jaw.  Padlam na łóżko.  Zmęczona tym wszystkim.  Nagle ktoś zadzwonił jakiś numer.  Nieznany.  Odebrałam bez zastanowienia.
-Justin? Gdzie jesteś do cholery? !
- Mer.  Czy to ty? - usłyszałam dość znajomy głos.  To byla Jade. Moja stara bff. Ostatnio to ona kręciła z Harrym. Nie widziałysmy się ze 3 lata.
-Jade. To naprawdę ty? - mówiłam szczęśliwa lecz też zawiedziona ze to nie Jus.
-no jak mogłabyś nie rozpoznać mojego głosu. Tak bardzo tęsknię. Spotkajmy sie co ?
-jasne.  Gdzie kiedy ?
-teraz? Gdzie jesteś?  Przyjdę po ciebie.
-ale wiesz ja jestem na wakacjach w Hiszpanii.
-wiem. Dlatego dzwonie.  Widzialam cie wczoraj w hotelu.  Jestem w tym samym tylko powiedz jaki pokój.
-69.
-ok zaraz bd. - Jade mnie kompletnie zaskoczyła.  Cieszyłam się jednak.  Może będę mogła jej opowiedzieć.  O Harrym. O wszystkim.  Po kilku chwilach usłyszałam pukanie. To była moja Jade.
-ooooommggg Mer!-rzuciła się na mnie ze łzami w oczach.
-tak bardzo tesknilam.- po krotkim niezrecznym i dretwym dialogu "co u cb" rozpoczela sie poważniejsza rozmowa.
- czyli Mówisz ze jesteś z Justinem. I miałaś dziecko.  O boże Mer tak mi przykro.
- spokojnie.  Juz dobrze.  A ty.  Z Bradem. Pamiętam jeszcze jak byłaś z Harrym. -Wzdrygnelam sie. Dziewczyna  zachowała się podobnie. Co mnie lekko zdziwiło.
-tak.  Mam z nim kontakt teraz.  Tak jakby jesteśmy przyjaciółmi. 
-no co ty.  Ja tez.
- musze ci coś powiedzieć. 
-ja też.
-Harry.  On mnie zgwałcił.  Nie raz. To nie byla jego wina. Ale to zmienilo sporo rzeczy. Miałam z nim spore problemy. - słowa brunetki mnie zatkaly.
-c co ? Harry byl moim mężem.  To było jego dziecko. -nagle zapanowala martwa cisza. Jade zaczęła plakac. Często plakala. Ale teraz wyjątkowo strasznie.  Nagle ktoś wszedl do srodka. Obie skierowalysmy wzrok na drzwi.  To był... Harry.
-no hej Mer... -chłopak zacial się widząc Jade.
-Harry. Czy to prawda?  Czy ty prowadzisz podwójne życie? ! Byłeś z nia i ze mna jednocześnie? ! Jak mogłeś.  Te twoje wyjazdy na teasy koncertowe. To wszystko lipa ?!-widziałam ze Jade ledwo siedzi.-wyjdz stąd.
-co sie tu dzieje? ! - nagle wszedl jakis brunet.
-brad? Co ty tu robisz ?
-Justin mnie przyprowadził. -po chwili ujrzalam mojego chlopaka.
-to wy sie znacie? - spytalam zdziwiona.
-tak.-odpowiedział drentwo Jus. -Co on tu robi ?
-juz wychodzi. -odezwala sie w koncu Jade.
-idz. I nie wracaj.  Nikt cię to nie chce.- powiedział stanowczo Brad. Nagle Jus rzucil sie z pięściami na Harrego.
-zo staw mo ją MER! -bylam przerażona ale i szczęśliwa ze Justin mnie kocha i ze wciąż zależy mu na mnie.  Po chwili przybiegla Taylor. Byli juz wszyscy w tym pokoju. Blondyna odciagmela zielonookiego bruneta ze sobą.  Brad podszedł do Jade całując ja. Widząc to spuscilam ze smutkiem wzrok w dół.  Justin podszedl do mnie i zrobił to samo. Bylo pięknie.  Tak jak powinno być.

czwartek, 9 stycznia 2014

We are never ever getting back together.

Minął równo rok. Bylam z Justinem na wakacjach w Hiszpanii. Rozpoczął sie pierwszy dzień.   Było tak gorąco. Ubieralam sie dość skąpo.  Justinowi to nie przeszkadzalo. Wręcz przeciwnie.  Widzialam jak na mnie patrzy z pożądaniem. Niestety musieliśmy trochę odpocząć od dotychczasowego nocnego trybu życia.  Bylam u ginekologa. Mam małe problemy z bezplodnoscia. Ja tam sie ciesze. Juz jedno dziecko urodzilam. Nie zamierzam przechodzić przez to wszystko drugi raz. Oczywiście nic nie mówiłam dla Jusa. Nie chciałam sprawiac kolejnych problemów. Zaraz mielismy wychodzić na basen. Mieszkaliśmy w pięknym hotelu. Bylo jasno i tak przyjemnie.  Justin pakowal torbę. Nagle spojrzelismy na siebie automatycznie.  Jęki.  Głośne jęki za ścianą.  Jus zaczal sie śmiać. Ktoś darł sie jak oszalały. pakujac balsam do ciala. Nagle nastala cisza. Jus wzial mnie za reke i wyszlismy. Z pokoju obok wyszedł Harry... mój Harry który zmarł.  Stalam tam i patrzyłam sie na niego jak wryta. Jus reagowal podobnie. Z drzwi wyszła Taylor Swift. Zatkalo mnie jeszcze bardziej. Bez żadnego zastanowienia zaczęłam zalic sie do niego.
-Ha harry. To ty żyjesz? ! - zaczelam drzec sie na bruneta. Chuda blondyna zlapala go za ramię.
-Mer. Ja...
-wiesz musimy już iść. Chodźmy Justin. -szybkim ruchem oddaliśmy się od pary. Łzy naleciały mi do oczu.  Blondyn to dostrzegł. Zdziwił sie. Po dłuższym namyśle odparł.
-mozemy zmienić hotel. Jak chcesz.
- nie.  On nie zepsuje nam wakacji. - w drodze na basen myslalam tylko o bylym mężu.  Zostawił mnie.  Nie wiem jak to mozliwe. Owszem nie bylam na jego pogrzebie.  To bylo zbyt bolesne. Ale on żyje.  Mimo tak wspaniałej wakacyjnej atmosfery nie mogłam cieszyć sie. Zajęłam miejsce na lezaku.
-posmarować cie?-spytał Jus wyjmujac z torby filtr.
-nie. Nie trzeba.
-spalisz się.  Slonce okropnie grzeje.
- to nic.- widziałam jak chlopak gotuje sie od środka.  I to nie przez ten upał.  Wiedział o czym tak mysle. A właściwie o kim.
-idziesz do wody ?
-a jak myslisz?!- wydarlam sie na rozczarowanego chlopaka. Justin odszedl. Nie wiem gdzie.  Po prostu sobie poszedł a ja zaczęłam żałować swojego zachowania.  Lezalam tak z zamknietymi oczami jakies 5 minut. Czulam ze zaraz zasne. Nagle ktoś przyslonil słońce.   Otworzylam leniwie oczy. To byl Harry. Przez chwilę myślałam ze to sen. Ale no tak. On zyje. Wzdrygmelam sie sploszona.
-co ty tutaj robisz?
- przeżyłem Mer. Lekarze wzięli mnie na operację.  To cud.
-dobrze Harry. Ale tutaj. Teraz. Przede mną.
-musimy porozmawiać.
-nie mam czasu.
-proszę cie. Taylor gdzieś poszla. Widze ze Justina tez nie ma.-spojrzałam w jego zielone oczy. Wstałam i impulsywnie go przytulilam.
-tak bardzo tesknikllam. To bylo straszne. - Mer. Przepraszam.
-dlaczego nie dales znaku życia,? Zostawiles mnie.
-wiedziałem ze kochasz Justina.  Nie chciałem tego popsuć.  Chciałem zebys byla szczęśliwa. -czulam jak lza chlopaka kapie mi na ramię.
-chodzmy do pokoju. Opowiesz mi wszystko. -Harry kiwnal głową i poszlismy do mojegi pokoju.
- kiedy spadłem bylem w śpiączce tak jakby. Lekarze myśleli ze nie zyje. Po 2 dniach obudziłem sie. Wyszlem tydzień później.  Szukalem cie. I znalazłem z Justinem w sklepie spożywczym. Byliście tacy szczęśliwi.  Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Gdzie jest dziecko.  Nasze dziecko.- ostatnie słowa chlopaka mnie zatkaly. Musialam mu powiedzieć prawde. Koniec z klamstwami.
-.  Harry. Bo tak go nazwalam. Umarl. Zostal zamordowany.
-co co? Jak to?! Nie! Kto to zrobil.- w tym momencie musialam sklamac.
-jakis morderca. Tez zginal. Minely 2 lata prawie.  Od tego. Wszystko sie zmieniło.  Pamietasz jeszcze jak byliśmy razem? 
-Mer -brunet objął moja twarz. - jakbym mogl zapomnieć. Wciąż cie kocham.-nagle chlopak przysunal sie do mnie topac swoje gorące usta w moich.  Czulam sie okropnie.  Od razu przypomnial mi sie Justin.  Oderwalam sie od niego natychmiast.
-harry. Ja tez cie kocham i zawsze bede. Nie możemy jednak razem być. Idz juz proszę.  Chlopak zgodnie z moja prośba odszedl. Schowalam twarz w dłoniach zastanawiając się nad wszystkim.
-

środa, 8 stycznia 2014

Zmiany

Hej, ludzie.  Mimo że was nie ma to i tak do was piszę :P. Wprowadzam mala zmianę.  Na tej stronie  dalej będą publikowane dalsze losy Mer i Justina. Pojawią sie jednak tez Jade i Brad z The Vamps. :) I hope you'll like it x
Jade

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Yolo

Kompalismy się jeszcze tak z godzinę. Byliśmy głośni. Bardzo głośni.  Nagle jakis kolo chyba ochroniarz pukal do nas i ostrzegał ze drzwi wyważy co mnie trochę a raczej ostro wystraszyło. Justin widząc moja panikę zaczął działać.
-już już.  Wychodzimy.  Chwilkę. Zaraz.
Ubieraj się- szepnal pokazując  palcem w stronę tylnych drzwi. Dziwne nie zauważyłam ich wcześniej.  Tak czy siak szybko sie ubralisny i wyszliśmy.  To bylo miejsce do skoków.  Skoków ze spadochronu. Spojrzalam z jeszcze większym przerażeniem na chlopaka cicho marząc zeby tamten ochroniarz wywazyl juz te cholerne wejście. 
-co zamierzasz zrobić?
- my zamierzamy.  Nie domyslasz sie. -ukazal szereg bialych ząbków.
-ooo nie. Jus. To niebezpieczne.  A tak w ogóle to skakales kiedyś ze spadochronu? - spytalam z nadzieją ze powie nie.
- tak. Dwa razy. I jeszcze żyje. - no tak.  Bo jak mogłoby być inaczej.  Justin skakał i skoczy jeszcze raz.  A ja. Boje sie jak trzeba.
-Justin ja cie przepraszam.  To nie na moje nerwy.
- kochanie spokojnie.  Obiecuje ze nic ci nie będzie.  Złapie cie za rękę i nie puszcze. 
-a co jesli wyladujemy na jakimś mega wielkim drzewie albo słupie elektrycznym.
- będzie ok. Miałem kurs i wszystko wiem.  Zaufaj mi.- będzie ciężko. 
-a co z Hiszpania? 
- nie martw się dojedziemy i do Hiszpanii.-spojrzalam w okno i ujrzałam wielką przepaść.  Nogi miałam jak z waty.  Łzy automatycznie naszly mi do oczu. Spojrzalam jeszcze raz w jego blagajace paczydełka.
-no dobra. Dawaj te kombinezony.-palnelam ulegając mu.  Chłopak szybkim ruchem podal mi wszystko ilustrujac co gdzie mam założyć.  Po chwili byliśmy juz gotowi. Ciarki przeszly po calym moim ciele. Jus zlapal mnie za rękę.
- będzie ok. - otworzył kabinę i stanął na krawędzi.  Wiatr przewial mnie brutalnie.  Nagle zlapal mnie skurcz i upadlam. A Jus za mna.
-aaaa Justin! - darlam sie.
- spokojnie!  Na brzuch. - przekrecilam sie z trudem. Jus uscisnal mnie mocniej i uśmiechnął sie. Wzial druga reke i przybliżył do siebie całując.  Po chwili oderwal sie.-zaraz ladujemy. Rozloz spadochron. Chlopal swoj juz rozlozyl. Ja obciazalam go tylko swoją ciezkoscia.
- nie dziala!-wrzasnelam panicznie. Wiedzialam juz ze umrę.  Nie bylo innej opcji.  Justin nie utrzymał by mnie tak długo. 
- co ?! Nie martw się.  Trzymam cie i nie puszcze.  Nagle reka wyslizgnela się.  A ja spadlam . Na trawę.  Bylo jakies 2 metry. Cudem.
-nigdy więcej.
-ale przyznaj ze romantyczne bylo.
-tak... bardzo.- zaczelam sie rozgladac. Jakas dzika dżungla. - Musisz za kare mi to wynagrodzić. A tak w ogle to gdzie jesteśmy? 
- nie wiem. - odparl z zaniepokojeniem.- musimy iść.  Szukać drogi.
- o nie nie nie. Juz noc. Prawie zawalu nie dostalam a ty mi karzesz stawac na nogi i iść.
- mer. Prosze. Tu mogą byc jakieś dzikie pumy ktore cie zjedzą jeśli ze mną nie pójdziesz.  Nie chcielibysmy tego. - na te slowa szybko wstalam z miejsca. Szliśmy juz jakies 20 minut. Wiem bo na szczęście mialam zegarek. Nagle zauważyliśmy jakaś drewniana chate. Swiatlo sie paliło. Natychmiast zapukalismy. Otworzyla nam jakas kobieta.  Przedstawiliśmy jej sytuacje a ona pozwolila nam zostac na noc.  W zamiam za mój zloty zegarek.  Troche ciezko bylo mi to przetrawic ale nie mialam wyjscia. Nie moglam zostac zjedzona przez pumy. Weszlismy po szklanych schodach.  Wystrój byl calkiem nowoczesny jak na lokalizację i okoliczności.
- na gore i pierwsze drzwi na prawo- uśmiechnęła sie " życzliwie" gospodyni. Po wejściu od razu padlam na łóżko.
- pamiętasz mialem ci wynagrodzić ten niefortunne ladowanie.
-o niee Jus. Nie tu. Ta baba nas wykopie jak uslyszy ze się ruchamy.- nie zważając na moje madre slowa Jus zdjal mi ubrania całując cale moje cialo. Po chwili bylismy juz nadzy. Slabe swiatlo lekko prezentowalo jego wyrzezbiona klatę.  spojrzal na mnie czekoladowymi oczami. I wsunal Jerrego delikatnie we mnie. Byl taki lekki i zmyslowy. Jak nigdy. Co kazde nasze sapniecie przyspieszal. Udalo nam się dotrzeć bez żadnych pasków i jekow. Co nie znaczy ze było slabo.
-kocham cie Jus.
-ja ciebie tez Mer. Zawsze będę.

niedziela, 5 stycznia 2014

It was just a dream

Czulam czyjąś dłoń.  Ciepła i wilgotną na moim udzie.  Promienie światła ograniczały mi widoczność.
- cześć kotku.   Wstalas. Wreszcie.  Spalas jak zabita. Nie wytrzymalem i musiałem cie juz obudzić.  Zaraz ładujemy.- chłopak wciąż smyral moją nogę.  Przez chwilę zastanawialam się czy nie uciekać od niego bo przecież... no tak to był tylko sen.
- bardzo dobrze ze mnie obudziles.
- jakiś zły sen?
- ooo tak.
-opowiedz mi.
- nie. Nie pamiętam.
-no weź.  Mer proszę.  To ja ci też swój opowiem. - po chwili namysłu uleglam.
- no dobrze.  Śniło mi się że byłeś wampirem.
- hahaha. Serio?  Chyba musimy ograniczyć pamiętniki wampirów. - blondyn sie zaśmiał. I lekko przybliżył w moja stronę.
- oo nie.  Nie ma mowy- spojrzałam z żalem. - teraz twoja kolej.
- ja juz nie pamiętam.
- co to za kit? Masz powiedzieć.  Ja powiedziałam. - policzki chlopaka lekko sie zaczerwienily. Patrzył sie na podłogę uśmiechając się.  Jakby sobie przypominał. Zaczęłam go szturchac i potrzasac go. Zaczęliśmy sie śmiać.
- dobra dobra.  Juz opowiadam.  A wolisz w streszczeniu czy szczegółowo?
- mamy czas. Niczego nie omijaj.
- siedzieliśmy tutaj.  Tak jak teraz. Położyłem spragniona reke na twoim kolanie. Właśnie tak. Masowalem cale twoje cialo. Od kolana po klatkę piersiową. Podobalo ci się to.  Tak jak teraz.  Szepnąłem ci do ucha "kocham cie. Chce cię teraz". Byłaś podniecona. Wziąłem cie za rękę.  O tak. I zaprowadzilem.
- co? Jus ?! Gdzie ty mnie prowadzisz?  - próbowałam opanować śmiech.  Ludzie w samolocie oglądali sie za nami.  Szczerze w sumie miałam to gdzieś.  Dalam sie porwać dla Justina gdziekolwiek mnie porywal. Chociaż szczerze mówiąc wiedzialam gdzie. Dużego wyboru nie było. Weszliśmy do kibla. Samolot byl pierwszej klasy także dramatu nie było.  Byla nawet wanna.
- rozbieraj sie. - oblizal usta.
- co Justin jeszcze ktoś nas przylapie.
- spokojnie zamknąłem nas. Nikt tu nie wejdzie. I nikt nie wyjdzie- chlopak spojrzal na mnie poważnie po czym wynuchnal śmiechem.
- napuszczzaj wode lepiej. - puscilam oczko. Zaczęłam sie rozbierać az w koncu cala bylam naga. Stalam tak przed nim. On gapil się jak wryty lekko uśmiechając.  Nie wstydzilam sie go. Juz nie raz się przed nim rozbieralam. Weszłam ostrożnie do wanny w obawie ze woda jest za gorąca.  Niepotrzebnie.  Była idealna. Chłopak rzucił sie na mnie niczym  spragnione miesa zwierzę.
- ty sie jeszcze nie przebrales !- zarzucilam.
-to ty mnie rozbierz.- jak na rozkaz rozerwalam wszystko co na sobie mial. Bez żadnych uprzedzeń wbił sie we mnie nagle. Zajeczalam. Posuwal mnie mocno ale zarazem delikatnie.  Widzialam to w jego oczach. Jak mnie kocha. Jak mu na mnie zależy.  Nikogo tak nie kocham jak jego . Zawsze będzie tym jedynym.  Po paru chwilach doszlismy rozkoszujac sie kimpiela.

piątek, 3 stycznia 2014

A lie

Siedzieliśmy  w samolocie. Byla noc. Wszyscy spali. Prócz mnie. Leżałam odwrócona plecami do Jusa i   zastanawiałam się nad tym wszystkim.  Co my właściwie robimy.  Próbujemy uciec od przeszłości?  Zapomnieć o dziecku i o całej tragedii? Może chcemy zmienić przyszłość.  Żeby wszystko było tak jak  być powinno. Bałam sie o tym myśleć. To nie wina nieszczęśliwych okoliczności.  Tylko moja. To ja jestem tu glownym winowajca. Każdy błąd który popelnilam przeistaczal sie w katastrofę.  Każdy przeze mnie cierpiał. Miejsce nie gra tu żadnej  istotnej roli.  Czy zostaniemy tutaj czy  przeniesiemy się do Hiszpanii zawsze ktoś będzie cierpiał.  To ja powinnam odejść od Justina. Wtedy będzie szczęśliwy. Niestety jestem cholerna egoistka i nie chce od niego odchodzić.  Nie powiem ze jestem egoistka bo go kocham. Owszem  jestem egoistka i go kocham. Lecz te dwie  rzeczy nie oddzialywuja ze sobą.  Gdybym go kochała to bym odeszła.  Jednak jestem egoistka i moj egoistyczny charakter nie pozwala mi na to. Spojrzalam zamyślona na  zaparowna szybę. Zaczęłam przecierać okno. Para nie chciała zejść.  Byla zbyt silna. Po nieudanej próbie podziwiania widoków odwrocilam sie w strone Justina.  Chłopaka nie bylo na miejscu.  Dziwne.  Nie mozna opuszczać siedzisk podczas lotu.  Rozgladalam sie w ciemnym mroku szukając blondyna. Oczy rozpaczliwie przeszukiwaly całe dostępne pole widzenia. Nie moglam tak po prostu siedzieć tu i czekać.  Moze poszedł się odlac. Na pewno.  Tak czy siak musiałam sprawdzić. Podnioslam się cicho z siedzenia i cichymi krokami wedrowalam pomiędzy fotelami. W końcu dotarłam do bialych drzwi.  Pociagnelam za zimną metalową klamkę.  Ujrzalam coś czego nie moglam zrozumieć.  Oczy nie mogly zarejestrować i przekazać obraz do mózgu.   Jakaś  menda siedziała okrakiem na moim chlopaku. A moj chlopak z zapalem calowal jej szyję.  Zimno, lęk  strach i żal. To wtedy czułam  Nie wyraźny od łez widok paralizowal cale moje zmarzniete ciało.  Głośno zlapalam powietrze po czym szybko je wypuscilam z rozpaczliwym lękiem. Justin zauważył mnie i oderwal sie od szmaty lecz ja zdążyłam juz odwrócić sie na pięcie.
-Mer-wrzasnal przerazliwym tonem. -to nie tak jak myślisz. -chlopak podbiegł do mnie od tyłu i zlapal za ramię.  Poczułam mrożący chłód z jego dłoni.  Odwrocilam się spojrzywszy na rękę chłopaka. Cała byla we krwi. Lęk rósł coraz bardziej. Powolnym ruchem wedrowalam wzrokiem wyżej az dotarlam do twarzy chlopaka. Jego  przyotwarta buzia byla cala czerwona. Jakby jadl spagetti bez uzycia widelca. Jego proste zęby byly przebarwione. Na czerwono. A jego wzrok. Nie byl jeszcze nigdy tak bardzo niejasny. Niepewny. Probowalam poukładać sobie to wszystko w glowie. Odwrocilam wzrok od Justina i spojrzalam na jego kochanice. Lezala nieprzytomna na ziemi.  Byla cala we krwi. Spojrzalam jeszcze raz na chlopaka i pomyślałam tylko jedno. Uciekaj Mer.

środa, 1 stycznia 2014

Change +18

Dni mijały monotonnie. Nic mi juz nie zostalo po Harrym. Z Jusem bylo gorzej. Myslal ze to jego dziecko co go bardziej niszczylo. Jesli chodzi o Selene. Ta s*ka przeżyła i dostala 9 lat kicia. 9 lat. Powinna dostac kare śmierci.  Psychika robiła swoje.  Mimo to Justin wciąż byl najwazniejszy. Od czasu smierci Harrego wgl sie nie kochalismy co mnie bardzo
dobijalo.

MIESIAC POZNIEJ

Siedzialam na kanapie oglądając wiadomości.  Nic ciekawego.  Same rządowe sprawy. Popijalam co raz gorąca herbatę bez cukru. Czekalam tylko na Justina. Pracowal w sklepie.  Nie dał rady śpiewać.  Ta cała kariera jeszcze bardziej go przytlaczala. Szkoda tylko bielebers. Cóż musiały go zrozumieć.  I tak wszystkiego nie wiedziały. Nagle uslyszalam przekrecajacy się kluczyk w drzwiach.  Slyszalam jego glosny zmęczony oddech. Czekalam na niego. Az sie pokarze. Czail sie jakby chcial mnie zaskoczyc. Podszedł do mnie i pocałował.  Po prostu. Lekko sie uśmiechnął i podal mi bilet. Bilet samolotowy.
-co to?-spytalam zaciekawiona.
- nasza przyszłość.  Lecimy do Hiszpanii. Będziemy tam mieszkać. Musimy zostawic wszystko co bylo tutaj. Kupilem dom nad morzem. Meble juz są.  Spodobają ci się.
-Justin.  To... dobrze.  Dziękuję ci. Spojrzalam niesmiale.
-Mer. Pamiętaj ze cie kocham tak jak zawsze kochalem.-poczulam  zimne opuszki jego palców na moim udzie. Smyral nimi ciagnac w górę. Nie odrywal wzroku od moich oczu.
-wyjmij kondom.-powiedzialam stanowczo.-Justin sięgnął do szuflady. Nie protestowal. I wiedzial ze nie chce miec dzieci. Na pewno nie teraz. Zanim sie nie obejrzalam Jerry byl juz ubrany. Wbil sie we mnie gwałtownie tak jak kiedyś.  Tesknilam za tym.  Soczyste usta chlopaka nie odrywaly sie od moich. Zaczął powoli z czasem przyspieszajac. Klasyka. Sapalismy jak szaleni. I doszliśmy.  Nagle Justin wstal gwaltownie. Przestraszylam sie.
-c co się stalo??
- ubieraj sie zaraz mamy samolot. - w mgnieniu oka przyszykowalismy sie do wyjazdu. Nie moglam sie doczekac.