czwartek, 9 stycznia 2014

We are never ever getting back together.

Minął równo rok. Bylam z Justinem na wakacjach w Hiszpanii. Rozpoczął sie pierwszy dzień.   Było tak gorąco. Ubieralam sie dość skąpo.  Justinowi to nie przeszkadzalo. Wręcz przeciwnie.  Widzialam jak na mnie patrzy z pożądaniem. Niestety musieliśmy trochę odpocząć od dotychczasowego nocnego trybu życia.  Bylam u ginekologa. Mam małe problemy z bezplodnoscia. Ja tam sie ciesze. Juz jedno dziecko urodzilam. Nie zamierzam przechodzić przez to wszystko drugi raz. Oczywiście nic nie mówiłam dla Jusa. Nie chciałam sprawiac kolejnych problemów. Zaraz mielismy wychodzić na basen. Mieszkaliśmy w pięknym hotelu. Bylo jasno i tak przyjemnie.  Justin pakowal torbę. Nagle spojrzelismy na siebie automatycznie.  Jęki.  Głośne jęki za ścianą.  Jus zaczal sie śmiać. Ktoś darł sie jak oszalały. pakujac balsam do ciala. Nagle nastala cisza. Jus wzial mnie za reke i wyszlismy. Z pokoju obok wyszedł Harry... mój Harry który zmarł.  Stalam tam i patrzyłam sie na niego jak wryta. Jus reagowal podobnie. Z drzwi wyszła Taylor Swift. Zatkalo mnie jeszcze bardziej. Bez żadnego zastanowienia zaczęłam zalic sie do niego.
-Ha harry. To ty żyjesz? ! - zaczelam drzec sie na bruneta. Chuda blondyna zlapala go za ramię.
-Mer. Ja...
-wiesz musimy już iść. Chodźmy Justin. -szybkim ruchem oddaliśmy się od pary. Łzy naleciały mi do oczu.  Blondyn to dostrzegł. Zdziwił sie. Po dłuższym namyśle odparł.
-mozemy zmienić hotel. Jak chcesz.
- nie.  On nie zepsuje nam wakacji. - w drodze na basen myslalam tylko o bylym mężu.  Zostawił mnie.  Nie wiem jak to mozliwe. Owszem nie bylam na jego pogrzebie.  To bylo zbyt bolesne. Ale on żyje.  Mimo tak wspaniałej wakacyjnej atmosfery nie mogłam cieszyć sie. Zajęłam miejsce na lezaku.
-posmarować cie?-spytał Jus wyjmujac z torby filtr.
-nie. Nie trzeba.
-spalisz się.  Slonce okropnie grzeje.
- to nic.- widziałam jak chlopak gotuje sie od środka.  I to nie przez ten upał.  Wiedział o czym tak mysle. A właściwie o kim.
-idziesz do wody ?
-a jak myslisz?!- wydarlam sie na rozczarowanego chlopaka. Justin odszedl. Nie wiem gdzie.  Po prostu sobie poszedł a ja zaczęłam żałować swojego zachowania.  Lezalam tak z zamknietymi oczami jakies 5 minut. Czulam ze zaraz zasne. Nagle ktoś przyslonil słońce.   Otworzylam leniwie oczy. To byl Harry. Przez chwilę myślałam ze to sen. Ale no tak. On zyje. Wzdrygmelam sie sploszona.
-co ty tutaj robisz?
- przeżyłem Mer. Lekarze wzięli mnie na operację.  To cud.
-dobrze Harry. Ale tutaj. Teraz. Przede mną.
-musimy porozmawiać.
-nie mam czasu.
-proszę cie. Taylor gdzieś poszla. Widze ze Justina tez nie ma.-spojrzałam w jego zielone oczy. Wstałam i impulsywnie go przytulilam.
-tak bardzo tesknikllam. To bylo straszne. - Mer. Przepraszam.
-dlaczego nie dales znaku życia,? Zostawiles mnie.
-wiedziałem ze kochasz Justina.  Nie chciałem tego popsuć.  Chciałem zebys byla szczęśliwa. -czulam jak lza chlopaka kapie mi na ramię.
-chodzmy do pokoju. Opowiesz mi wszystko. -Harry kiwnal głową i poszlismy do mojegi pokoju.
- kiedy spadłem bylem w śpiączce tak jakby. Lekarze myśleli ze nie zyje. Po 2 dniach obudziłem sie. Wyszlem tydzień później.  Szukalem cie. I znalazłem z Justinem w sklepie spożywczym. Byliście tacy szczęśliwi.  Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Gdzie jest dziecko.  Nasze dziecko.- ostatnie słowa chlopaka mnie zatkaly. Musialam mu powiedzieć prawde. Koniec z klamstwami.
-.  Harry. Bo tak go nazwalam. Umarl. Zostal zamordowany.
-co co? Jak to?! Nie! Kto to zrobil.- w tym momencie musialam sklamac.
-jakis morderca. Tez zginal. Minely 2 lata prawie.  Od tego. Wszystko sie zmieniło.  Pamietasz jeszcze jak byliśmy razem? 
-Mer -brunet objął moja twarz. - jakbym mogl zapomnieć. Wciąż cie kocham.-nagle chlopak przysunal sie do mnie topac swoje gorące usta w moich.  Czulam sie okropnie.  Od razu przypomnial mi sie Justin.  Oderwalam sie od niego natychmiast.
-harry. Ja tez cie kocham i zawsze bede. Nie możemy jednak razem być. Idz juz proszę.  Chlopak zgodnie z moja prośba odszedl. Schowalam twarz w dłoniach zastanawiając się nad wszystkim.
-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz