piątek, 3 stycznia 2014

A lie

Siedzieliśmy  w samolocie. Byla noc. Wszyscy spali. Prócz mnie. Leżałam odwrócona plecami do Jusa i   zastanawiałam się nad tym wszystkim.  Co my właściwie robimy.  Próbujemy uciec od przeszłości?  Zapomnieć o dziecku i o całej tragedii? Może chcemy zmienić przyszłość.  Żeby wszystko było tak jak  być powinno. Bałam sie o tym myśleć. To nie wina nieszczęśliwych okoliczności.  Tylko moja. To ja jestem tu glownym winowajca. Każdy błąd który popelnilam przeistaczal sie w katastrofę.  Każdy przeze mnie cierpiał. Miejsce nie gra tu żadnej  istotnej roli.  Czy zostaniemy tutaj czy  przeniesiemy się do Hiszpanii zawsze ktoś będzie cierpiał.  To ja powinnam odejść od Justina. Wtedy będzie szczęśliwy. Niestety jestem cholerna egoistka i nie chce od niego odchodzić.  Nie powiem ze jestem egoistka bo go kocham. Owszem  jestem egoistka i go kocham. Lecz te dwie  rzeczy nie oddzialywuja ze sobą.  Gdybym go kochała to bym odeszła.  Jednak jestem egoistka i moj egoistyczny charakter nie pozwala mi na to. Spojrzalam zamyślona na  zaparowna szybę. Zaczęłam przecierać okno. Para nie chciała zejść.  Byla zbyt silna. Po nieudanej próbie podziwiania widoków odwrocilam sie w strone Justina.  Chłopaka nie bylo na miejscu.  Dziwne.  Nie mozna opuszczać siedzisk podczas lotu.  Rozgladalam sie w ciemnym mroku szukając blondyna. Oczy rozpaczliwie przeszukiwaly całe dostępne pole widzenia. Nie moglam tak po prostu siedzieć tu i czekać.  Moze poszedł się odlac. Na pewno.  Tak czy siak musiałam sprawdzić. Podnioslam się cicho z siedzenia i cichymi krokami wedrowalam pomiędzy fotelami. W końcu dotarłam do bialych drzwi.  Pociagnelam za zimną metalową klamkę.  Ujrzalam coś czego nie moglam zrozumieć.  Oczy nie mogly zarejestrować i przekazać obraz do mózgu.   Jakaś  menda siedziała okrakiem na moim chlopaku. A moj chlopak z zapalem calowal jej szyję.  Zimno, lęk  strach i żal. To wtedy czułam  Nie wyraźny od łez widok paralizowal cale moje zmarzniete ciało.  Głośno zlapalam powietrze po czym szybko je wypuscilam z rozpaczliwym lękiem. Justin zauważył mnie i oderwal sie od szmaty lecz ja zdążyłam juz odwrócić sie na pięcie.
-Mer-wrzasnal przerazliwym tonem. -to nie tak jak myślisz. -chlopak podbiegł do mnie od tyłu i zlapal za ramię.  Poczułam mrożący chłód z jego dłoni.  Odwrocilam się spojrzywszy na rękę chłopaka. Cała byla we krwi. Lęk rósł coraz bardziej. Powolnym ruchem wedrowalam wzrokiem wyżej az dotarlam do twarzy chlopaka. Jego  przyotwarta buzia byla cala czerwona. Jakby jadl spagetti bez uzycia widelca. Jego proste zęby byly przebarwione. Na czerwono. A jego wzrok. Nie byl jeszcze nigdy tak bardzo niejasny. Niepewny. Probowalam poukładać sobie to wszystko w glowie. Odwrocilam wzrok od Justina i spojrzalam na jego kochanice. Lezala nieprzytomna na ziemi.  Byla cala we krwi. Spojrzalam jeszcze raz na chlopaka i pomyślałam tylko jedno. Uciekaj Mer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz