czwartek, 23 stycznia 2014

Fix me

Lezelismy tak jeszcze z godzine. Austin wyjasnial mi wszystko.  No cóż Jus jest kucharzem.  Co jeszcze moge dodać.  Byłam zalamana. Jeszcze te jego ostatnie zachowanie.  Zostal jeszcze tydzień wakacji. Na pewno nie spędzę go z Jusem. Nie ma takiej opcji. Balam się jak cholera. Zostawil mnie.

Tydzień później

Austin cały czas był przy mnie.  Pomagal mi we wszystkim. Jednak nie kochaliśmy się wiecej. Mimo że nie utrzymywalam kontaktu z Justinem to nie zmienia faktu ze wciąż z nim bylam. Właśnie się pakowalam. Wyjelam telefon zerkajac na godzinę.  12:00 ale to nie to mnie przyciągnęło.  Sms. Od Justina.

"To koniec. Nie odzywaj się do mnie więcej. "

Padlam na łóżko pograzajac się w ciemnościach.  Nagle nastapil jasny obraz. Stalam na plazy. W długiej jasnej przewiewnej sukni. Plaza ta nie byla tą ciepłą słoneczną plaża jak w Hiszpanii.   Niebo emanowalo szareymi  przygnebiajacymi  barwami. Burzliwy wiatr miotal moimi włosami.  Nagle na niebie pojawila się wielka fioletowa blyskawica uderzajac w wodę.
-Mer!- uslyszalam krzyk. To nie był obcy mi krzyk. To byl Justin. Plywal tam. A wlasciwie się topil. Bieglam do niego. Zamiast przyblizajac się do tonacego blondyna oddalalam się od niego. 
-Justiiin!-darlam się.
Tonął az w końcu straciłam go z pola widzenia. Ciemność.  Ponownie. Otworzylam szybko oczy rozglądając się.  Bylam w szpitalu.  No tak.  Zemdlalam. Zaczelam szukać  wzrokiem Austina. Wstalam z szpitalnego łóżka.  Idąc Przez korytarz.  Nikt mnie nie zatrzymywal. Nagle ujrzalam kogoś kogo nie powinnam. Powolnym krokiem weszlam do sali. Lezal tam z zamkniętymi oczami. Mój Justin. Byl łysy.  Pewnie sobie zgolil jak zostal kucharzem. Tak czy inaczej podeszlam do niego łapiąc go delikatnie za przesuszona dłoń. Chłopak gwałtownie otworzyl oczy. Tak bardzo tesknilam za jego spojrzeniem.
-co tu robisz?
-czy to wazne? Co ty tu robisz?
-odejdź. -chlopak wyrwal swoja reke z mojej. Pojedyncza łza splynela po jego bladym policzku.  Nie opuszczę go czy tego chce czy nie.
-to przez te narkotyki tak ? Jesteś tutaj?  Przedawkowales?- Chlopak milczał. Co mnie przerazalo.
-ok jak nie chcesz mówić to nie mów.  Tak czy siak ja tu będę.  Zawsze.  I nie odejde póki nie wyjdziesz z tego szpitala.
-o co ci chodzi?! Przecież napisalem ci smsa!-podniósł stanowczo głos.
-kocham cie Justin. Zawsze będę.
-a ja cie nie! !!- zrobiłam gwaltowny krok w tyl. Z oczu zaczęły lac się strumyki łez.  Na piecie odwróciłam się od chlopaka.
-Mer... zaczekaj. -krzyknął.  Ja juz nie mialam po co tam być.  Szłam nie zważając na  jego zmianę.-Mer ja mam raka!- stanęłam nagle i spojrzalam na chlopaka z jeszcze wiekszym zdolowaniem.
-jak to ? Jak?
-juz od 4 miesięcy.  Na początku lekarze mówili że będzie dobrze.  Teraz zaczęło się pogarszac. Nie chcialem cie widzieć w takim stanie.
-Justin.  Ale ja cie kocham i bede z toba niezaleznie czy bedziesz lezal na tym cholernym łóżku czy bedziesz w domu!-mowilam trzasasym się głosem. -powiedz mi tylko dlaczego ty wziąłeś się za te narkotyki?! Zamiast walczyć z chorobą.
-mam dług Mer. Duży.  Musiałem go spłacić.  Nie chciałem zebys to brala na siebie jak umrę.
-nawet tak nie mów.  Wyjdziesz z tego obiecuje. -chlopak nagle podniósł się i pocałował mnie.
-ja tez cie kocham Mer. I zawsze bede.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz