piątek, 27 grudnia 2013

Against destiny

Liczyłam jego ciche kroki oplatajac jego rozgrzany tors nogami. Jego soczyste usta piescily moja szyję nieziemnskimi pocalunkami. Nic mnie teraz nie obchodziło.  Chciałam tylko zeby w końcu rzucił mnie na łóżko. Chwilę później wyladowalismy w odpowiednim miejscu.  Lekko przygniatal mnie rozpalonym cialem. Nie protestowalam. Nagle bez żadnych uprzedzeń wbił się we mnie poruszając sie namiętnie.
-Aaaa!- krzyknął.  Na orgazm było raczej za wcześnie.  Nagle zauwazylam kogoś z tylu. To byl mój mąż.  Z klatki piersiowej Justina zaczęła splywac krew. Czas ograniczał cała sytuację. Spojrzałam z przerażeniem na bruneta. Jego  czerwone policzki ukazywały ślady splywajacych łez. Justin wyszedł ze mnie i automatycznie uderzył Harrego. Chwycilam majtki i założyłam szybko po czym probowalam odciągnąć szarpiacych sie chłopaków. Któryś odepchnal mnie na ziemię.  Harry i Justin wyszli na balkon. Nagle Harry poslizgnal sie. Spadl. Wybieglam zrozpaczona na miejsce wypadku. Śnieg mieszal sie z krwią.
-dzwoń po karetke!-darlam sie.-Jus nerwowo szukal telefonu.
- nie mam go...
- to idź po pomoc.
- a gdzie mam isc?!- krzyknął
-kurwa Justin gdziekolwiek.  On tu umiera. -nagle podeszła jakas kobieta i szybko zadzwonila po karetke.  Pogotowie zabralo calego zmarznietego i sinego Harrego. Pojawila sie oczywiście policja. Justin zostal posaszony o zabójstwo.
-Jedz ze mną-krzyknal Jus.
- muszę byc przy Harrym.-na te slowa chłopak spuscil wzrok na plamę krwi.

3 h później

Siedziałam na krzesle w szpitalnym korytarzu. Wiedziałam ze Justin sie zawiódł na mnie.  Lecz Harry teraz bardziej mnie potrzebował. Nagle z sali operacyjnej wyszedł doktor.
-pani jest ..? - no właśnie.  Zaczelam zastanawiać się kim jestem.  Kurwa. Jestem jego żona.  Najgorszą na świecie.
- to mój mąż.
-przykro mi. Obrażenia sa zbyt duze. Doszło do wylewu w mózgu. Pani mąż nie żyje. -lekarz poklepal mnie po ramieniu i pospiesznie odszedl. Wszystkie chwile spędzone z Harrym przeszły mi przed oczyma. Nasze zycie i jego ostatnie zimne spojrzenie.  Spojrzenie skierowane do mnie.  Zal i rezygnacjia. Jakby wiedzial co go czeka. Wybuchlam placzem wybiegajac z budynku. Weszlam na wysoki biurowiec.  Na sam dach. Stanelam na krawędzi. Wyjelam telefon i wybralam numer do Justina. Nie odbieral. Co jeszcze bardziej wywolalo atak placzu. Skierowalam nogę ku przepasci. Nagle obok stanął Harry.
-nie rób tego - przemówił.
-jak ty ?
-nie ważne. Mnie juz nie ma. Ale jestes ty i ktoś jeszcze.  Nasze dziecko Mer. Masz dla kogo żyć.  Proszę cię o to.- Harry zniknal zostawiając mnie w szoku.  Wiedzialam teraz ze nie moge spaść.

1 komentarz: