niedziela, 29 grudnia 2013

Build me up

-jeszcze trochę- mówiły spokojnym tonem pielęgniarki.
-aaaaaaa-darlam sie na caly szpital. Czułam jak cos wielkiego Wyłazi z mojej pochwy. Rozdzieralo ją od środka.  Szarpalo moje flaki i wykrecalo wrecz kości. To cierpienie.  Nie najpiękniejszy moment w życiu kobiety. Musiałam jednak urodzić to dziecko.  Justin na to liczył i Harry też.  Nie powiedzialam nic dla niego.  O prawdziwym pochodzeniu dziecka. To by nas zniszczyło. Po paru sekundach słyszałam juz placz dziecka. Głośniejszy niż moje wiski. Potwór byl caly we krwii. Owiniety resztkami rozerwanej macicy. Otworzyl oczy i spojrzał na mnie. Jakby chciał jeszcze mi zrobić większą krzywdę.  Wiem to okropne ze tak myślę ale taka jest smutna prawda.  Wiedziałam ze miałam depresje poporodowa. Kobieta podala mi niemowlę do rąk.  Obrzydzenie. To właśnie wtedy czułam.  Nagle ktoś wszedł.
-mój synek. - nie mogłam tego pojąć.  Moze to jakieś omamy.  Obok mnie stanął sam Harry. Juz raz go widziałam pewnie chciał zobaczyć swoje dziecko.
-Harry jak ty?- nadal nie mogłam pojąć jego niewyjasnialnej obecności.
- ja żyję Mer. Lekarze mnie operowali. Wszystko juz jest w porządku.
-Co?!- nie mogłam w to uwierzyć.-Gdzie Justin? !
- wybaczam ci wasz ostatni wybryk.  Powiedziałem mu ze to ja jestem prawdziwym ojcem tego dziecka i ze moje miejsce jest przy tobie.  Myślałem ze cie odwiedzi ale  powiedział że jeszcze dzis leci do Kanady. - wszystko bylo takie nierealne. Tragiczne. Nagle chlopak wyjął aparat i zrobil nam zdjęcie.  Flesz mnie oslepil.

Płacz.  Płacz dziecka.  Zaczęłam przecierać gwałtownie oczy.  Uff to byl tylko sen. Promienie slonca przbijaly się przez firankę.  Ujrzalam Justina. Mojego kochanego Jusa i naszego synka Harrego. Oboje byli całym moim szczęściem i niczego tak bardzo nie pragnelam jak właśnie ich. Tutaj. Bylo idealnie.  Takie życie na jakie zasłużył Justin. Dni zlewaly sie. Rano zajmowaliśmy sie małym po poludniu oglądaliśmy filmy a w nocy ja z Justin sie pierdolilismy. Chyba ze Harry sie obudził. Dziś Justin zaprosił mnie na kolacje do ekskluzywnej restauracji. Poprosilam babcie by zaopiekowala się dzieckiem. Bez żadnych wątków zgodziła sie co mnie ucieszylo. Wyszliśmy kolo 20. Bylo romantyczne i czulam się taka wolna.  Justin czarowal mnie na każdym kroku. Calowalismy sie namiętnie.  Czas szybko zlecial. O 23 byliśmy juz w domu. Bylo ciemno i cicho.  Zaszlam do pokoju dziecka.  Na fotelu leżała babcia. Spala. Zajrzałam do kołyski.  Harrego nie było.  Zaczęłam wołać Jusa i budzić babcie.  Powiedziała ze położyła dziecko do kołyski.  Wybieglam przed dom. Nieopodal palił sie jakis samochód.  Wypadek.  Cos mnie tam ciągnęło.  Jus zadzwonił na policje i pogotowie.  Straz pożarna ugasila ogień.  Okazało soe ze za kierownicą była Selena. Na tylnych siedzeniach byl nasz syn Harry. Martwy.  Zaczęłam drzec sie. Justin płakał.  Staliśmy tam jak wryci. Bezsilni. Zepsuci. Nasze życie bylo bezpodstawne.  Bez sensu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz