środa, 18 grudnia 2013

Something Great

Była piękna pogoda. Słońce grzalo  moje plecy przez pół otwarte okno. Otworzyłam oczy i ujrzałam jego. Mojego jedynego Justina.  Leżał koło mnie na łóżku i powtarzał jak bardzo mnie kocha, że nigdy mnie nie opuści.  Że będziemy zawsze razem. Jego piękne włosy za którymi tak tęskniłam, jego malinowe usta. Mogłam w końcu go dotykać.  Mialam go na wyłączać. Cieple opuszki jego palców gladzily lekko moją drgajaca skórę. Nagle sie obudziłam. Tak. To był sen.  Tylko zwykły sen. Miejsce Jusa zajmował ktoś inny. Przystojny brunet o zielonych teczowkach. Mój mąż.  Mimo to ze przypomniałam sobie wszystko wciąż żyłam  dreczaca przeszłością. Wciąż nie mogłam pojąć dlaczego Justin się tak zmienił.  Wiedziałam ze nie powinnam byla o tym myśleć. Nie był to dobry moment. Wstalam z łóżka. Chłopak obudził się automatycznie.
-a gdzie sie wybierasz? Beze mnie? 
-ja? Ja... muszę coś sprawdzić-chcialam jak najszybciej dowiedzieć się coś o Justinie. Nie moglam znieść tej presji ze to moze moja wina.
-chcesz  go znaleźć- twarz chlopaka od razu straciła swój radosny urok.
-ja... nie.
-nie kłam Mer. Znam cie za dobrze.  Nigdzie nie pójdziesz.  Nie pamiętasz co on ci zrobił?  Co on nam zrobił?
-to wszystko moja wina.  Był normalny dopóki ja sie nie pojawiłam.
- co ty pierdolisz. Przestań.  Nie chce tego słuchać- nie mogłam sie powstrzymać.  Wybuchlam płaczem. 
-Mer... ja prze...- chłopak nie zdążył dokończyć . Schowalam sie w lazience i zamknelam drzwi na zatrzask. Usiadlam na podłogę. Chlopak pukał i przepraszał.  Na marne. Bylam zbyt wstrzasnieta. Po dłuższym czasie wziął jakiś pręt i szybko poskromił zatrzasniete wejście.  Usiadł obok mnie i mnie objął.
-przepraszam.  Czasami zapominam że wciąż o nim myślisz. Od czasu wypadku.  Możesz iść szukać go. Ale ja pójdę z tobą. -szczere wyznania Harrego rozjasnily mi zgaszony umysł.  Hazz był zbyt dobry żeby go w to mieszać. Wiedziałam na pewno ze dzis nie bede mogła skontaktować się z Justinem. Musiałam zmylić Harrego i spędzić z nim dobry dzień,  żeby nie myślał juz o tej porannej awanturze.
-ja tez przepraszam. -wpilam się nieśmiale jego czerwone wilgotne wargi. Poczułam coś czego wcześniej nigdy nie czułam.  Taką radość.  Tak czy inaczej musiałam wymyślić jakiś plan.- moze wybierzemy sie gdzieś? - brunet mróżąc oczy pokiwal  głową.
- gdzie cie zabrać? 
-dziś ja ciebie gdzieś zabiorę.- dobrze wiedziałam gdzie go zabiorę. W pobliżu przyjechał cyrk.  Taki wypasiony ze specjalną gwiazdą. Ciekawa jestem kto to będzie.  Ubralam się w bordowy sweter z wystającym dzinsowym kołnierzem i czarne rurki do tego. Harry założył biały t shirt i i narzucil na niego dzinsowa marynarkę. No i czarne rurki.  Mieliśmy razem cos do nich. Byl ladny wiosenny dzień.  Szliśmy na piechotę.
- gdzie ty mnie prowadzisz kotku? - chłopak spojrzał zadziornie.
-zobaczysz-odwazajemnilam ponentne spojrzenie.  Byliśmy juz blisko z daleka bylo słychać muzykę.  Nie byla to jednak typowa cyrkowa muzyka. Pop. Typowy popularny pop. Nagle zaczela grac piosenka Justina Beaty and the beat.  Serce kroiło mi sie na kawalki.
-cyyyyrk?! Hahaha. -chłopak zaczął sie śmiać.
-no co ? Będzie fajnie- udawalam radosną.  Weszlismy do wielkiej ciemnej sali. Od razu rozblysly kolorowe światła a na scenę wbili poskramiaczy lwów ze swoimi pupilami. Było naprawdę fajnie. Nagle oświetlenie przygaslo.
-panie i panowie. Przed panstwem niesamowita gwiazda wieczoru. Nagle zabrzmiala znajoma mi melodia. 
- when you ready come and get it nananana.- nie mogłam uwierzyć.  Przecież Jus mówił ze ona umarła.  To znaczy ze kłamał.  A może był tak zfiksowany. Wiedziałam teraz jedno.  Musialam odnaleźć Justina. Po zabawie wróciliśmy późno do domu. Chlopak padl na łóżko
-wybacz ale dziś nie dam rady.  Zle sie czuję- oklamalam. Przebralismy sie w pizamy i zasbelismy. A właściwie tylko Harry.  Czekalam na to.  Ubralam czarną sukienkę i wyszlam z domu. Dzwoniłam do Justina milion razy. Nie odbieral  martwilam sie. Nie chcialam wracać do domu. Musialam sie napić.  Żeby zapomnieć.  Weszlam do jakiegos pabu i zaczelam pic. Bylam naprawdę juz w tragicznym stanie.  Nagle ktoś sie pojawił obok. Ktoś nieoczekiwany. Ukazal mi sie rozmazany obraz Justina.
-Jus. To ty?
-Mer. Co ty tu robisz? Dobrze sie czujesz?- głos chłopaka brzmiał jak dawniej.  Musialam wziąć się w garść i udać terzezwa.
-Tak. Justin.  Ja tęsknię za tobą.
- ja też Mer. Cholernie.  Ka przepraszam Cię za wszystko.  To nie byłem ja. Menadżer dosypywal mu psychotropy. Ktos sie zorientowal. Zerwalem z nimi umowe. Juz nie śpiewam.  Niestety najgorsze w tym wszystkim jest to ze juz nie mozesz byc moja.
-Jus. Ja mogę. - pocałowałam zmarzniete usta Justina.  Tak bardzo za nimi tesknilam.
-Nie Mer. Nie moge więcej ci życia rozpierdolic. Harry jest ciebie warty. Ja nie. Lepiej ci będzie beze mnie.  Chlopak odchodzil w ciemnosciach. Juz nic nie moglam zrobic. Po 10 minutach wyszlam z lokalu. Wrocilam do łóżka.  Harry lezal tak samo jak go zostawilam. Spal a ja spalam razem z nim sniac jak zwykle o Justinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz